Spis bohaterów, rodów, Rodzin i innych takich drobnostek już w drodze. Z czasem u mnie krucho, ale przy odrobinie cierpliwości z waszej strony i chęci z mojej, przed końcem roku powinno się już pojawić cuś nie cuś ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hagen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hagen. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 kwietnia 2014

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIII

Wiatr dął coraz silniej od zachodu, a grzbiety fal z każdą chwilą stawały się coraz większe. Marynarze uwijali się jak w ukropie, zwijając żagle, wciągając wiosła i chowając wszystko pod pokład, by nic nie uległo uszkodzeniu podczas burzy. Hagen, który nie za bardzo wiedział, co powinien robić, po prostu stał i wpatrywał się w ciemniejący coraz bardziej horyzont. Może i Biała Warownia leżała nad samym brzegiem Morza Szkarłatnego, ale lord nigdy nie czuł pociągu do żeglugi, między innymi ze względu na niezbyt przyjemne opowieści zasłyszane od marynarzy w licznych karczmach.
Emmet był zbyt zajęty wykrzykiwaniem rozkazów, by przejmować się szlachcicem, stojącym w miejscu, z niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy. Jeśli sztorm zniszczy żagle i wszystkie wiosła, to będzie po nich. Dlatego trzeba je zabezpieczyć. I to szybko.
Kerwington przeżył w swym życiu niejedną burzę i wiedział, czego się spodziewać po chmurach, które ciągnęły w ich stronę. Takie były najgorsze. Sam deszcz z nich spadający sprawiał, że pokład był po brzegi zalany wodą, a wiatr, który pchał czarne obłoki przed siebie, powodował fale większe od normalnego statku.
W skrócie: mieli zdrowo przejebane.
Kiedy dokonał oględzin i stwierdził z zadowoleniem, że jego ludzie uporali się z robotą jak należy, pozostawiając tylko jeden rząd wioseł, które miały zapewnić im podczas burzy jako taką sterowność, zwrócił uwagę na trwającego w miejscu lorda Białej Warowni.
- Lepiej, żebyś poszedł do swojej kajuty – doradził mu – bo zaraz będziemy tu mieli niezłą nawałnicę. Uwierz mi, wiem, co mówię – zapewnił go.
- Jestem tego pewien – odparł Hagen spokojnie. – Ale nie sądzisz, że jak schowam się do suchej kajuty, podczas, gdy ty i twoi ludzie będziecie tu walczyć o życie, to stracę w ich oczach?
- Jak będziesz martwy, to stracisz jeszcze więcej – burknął opryskliwie Brodacz. – Toteż schowaj swoją cholerną, dumną, szlachetną dupę do kajuty, bo jestem pewien, że z pokładu zmyje ją pierwsza lepsza fala.
Whitefire prychnął.
- Pożyjemy, zobaczymy – orzekł sentencjonalnie.
- Jeśli pożyjemy wystarczająco długo – mruknął ponuro Kerwington. – Lepiej się czegoś złap, wasza lordowska mość. Zaraz walnie w nas pierwsza fala.
Mimo, że Hagen podejrzewał, iż Emmet jak zwykle przesadza, to postanowił posłuchać tej rady. Niebo nad „Morskim Burdelem” całkowicie pociemniało, a na deski okrętu zaczęły spadać pierwsze, na razie małe, krople deszczu. O burty rozpijały się coraz to większe fale, jednak statek wciąż płynął dziarsko przed siebie, bez trudu przebijając się przez wodę. Aczkolwiek z każdą chwilą było coraz gorzej. Deszcz z każdą sekundą padał bardziej intensywnie, a przechylanie się statku na boki przybierało na sile i stawało odczuwalne.
Po chwili rozpętała się prawdziwa ulewa, ograniczająca widoczność, a morskie bałwany zaczęły powoli wdzierać się na pokład. Whitefire uczepił się liny mocno przywiązanej do mniejszego masztu, czując, że zbliża się większa fala. I przeczucie go nie myliło. Słona, morska woda zalała okręt. Lord prawie puścił linę. Prawie.
Ogromne masy wody przelewały się przez burty okrętu, jakby postawiły sobie za nadrzędny cel go zatopić. Szlachcic, pomimo najszczerszych chęci nie zdołał ustać na nogach i runął siedzeniem na mokre deski, klnąc szpetnie pod nosem. I to by było na tyle w kwestii zachowywania godności.
W dalszym ciągu trzymał się kurczowo liny, która teraz była dla niego jedyną deską ratunku. Zapierał się nogami, by nie oddalać się zbytnio od masztu, jednak śliskie podłoże mu to uniemożliwiało i ślizgał się we wszystkie strony jak niepotrzebny balast. Jednak sznura nie puścił.
Słona woda już dawno zalała mu oczy, które teraz piekły niemiłosiernie, rozszalały wicher szumiał w uszach, ogłuszając go całkowicie, nie pozwalając usłyszeć niczego poza tą cholerną wodą dookoła.
Poczuł, jak statek pnie się ku górze i na chwilę odzyskuje stabilność. Na chwilę. Potem fala, na której grzbiet się wspiął, załamała się pod jego ciężarem, a ogromna ilość wody wdarła się na pokład, dławiąc okrzyk przerażenia Hagena. Lord wypluł ją, mimowolnie puszczając jedną ręką linę. W zasadzie to nie wypluł, a zwymiotował nią.
W oddali rozległ się dźwięk grzmotu. A może w pobliżu. Whitifire nie był pewien, bo pierwsze skrzypce we wszechobecnym hałasie grały deszcz, fale i wiatr. Uchylił z wielkim wysiłkiem jedno oko, tylko po to, by ujrzeć grzbiet ogromnej fali, który właśnie się załamywał, po uderzeniu w burtę „Morskiego Burdelu”. Z gardła lorda wydobył się krótki, aczkolwiek donośny, krzyk, szybko zdławiony przez słoną wodę.
Okręt znowu zaczął się wspinać po grzbiecie fali, a potem na chwilę jakby stanął w miejscu. Przez nawałnicę przedarł się głos Kerwingtona, karzącego swoim ludziom wiosłować z całych sił.
Wtedy to właśnie lord Białej Warowni postanowił schować swoją dumę do kieszeni i puścił się pędem w stronę swojej kajuty. No, przynajmniej spróbował, bo na początku nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Kiedy po chwili, która wydała mu się wiecznością, dopadł drzwi prowadzących do kapitańskich pokoi, pociągnął za nie z całej siły, jaka mu pozostała. Gdy stanęły otworem, wskoczył bez wahania do środka suchego i względnie bezpiecznego pomieszczenia.
Gdy już poczuł się bezpiecznie, z lewej strony w okręt uderzyła potężna fala. Hagen stracił równowagę, poleciał do przodu i uderzył głową w kant stołu, po czym upadł nieprzytomny na podłogę. Potem wielokrotnie dziękował za to losowi, gdyż właśnie to oszczędziło mu widoku najgorszej części sztormu.

W tym samym czasie, na pokładzie, Brodacz starał się przekrzyczeć szum wiatr i plusk wody, wydając rozkazy. Jeśli dobrze widział, fale zabrały już dwóch marynarzy, a wolał nie dopuścić do straty kolejnych. Stał za sterem i w miarę swoich skromnych możliwości próbował utrzymać prosty kurs statku, z całkiem niezłym, jak się wydawało, skutkiem.
Zgodnie z jego przewidywaniami, deszcz był równie uciążliwy, jak fale. Siekał niemiłosiernie w twarz, wpadał z kołnierz. Jednak miał tą zaletę, że nie był słony i nie doprowadzał oczy do nieznośnego pieczenia.
Dostrzegł pędzącą wprost na nich ogromną falę i krzyknął, by wszyscy się schylili, choć nie potrzebnie, gdyż każdy, kto miał oczy, by ją ujrzał. Jednak nie każdy zdołał przypaść do ziemi. Kilku majtków spóźniło się o kilka cennych sekund i masa wody porwała ich ze sobą, dławiąc ich daremne okrzyki przerażenia. Dwóch pogrążyło się w morskiej toni, z trzech pozostałych rozbiło sobie głowy o burty. W normalnej sytuacji by się tym przejął. W normalnej sytuacji.
Wtem z lewej strony na okręt spadła fala większa niż wszystkie poprzednie, nienaturalnie duża, zbyt wielka, by mógł ją wywołać wiatr. I to musiała być ta jedna fala za dużo, która sprawiła, że mniejszy z masztów nie wytrzymał. Na początku rozległ się tylko głuche stęknięcie trzeszczącego drewna, następnie wysoki słup zaczął wyginać się pod nienaturalnym kątem, aż w końcu pękł wydając z siebie donośny trzask oraz przygniatając czterech kolejnych ludzi.
Ale to nie to najbardziej zmartwiło Kerwingtona, tylko dudniący, przytłumiony, dobywający się jakby zewsząd dźwięk, przywodzący na myśl ryk zranionego zwierzęcia. I w istocie był to ryk zwierzęcia. Lecz z pewnością nie zwykłego. A już na pewno nie rannego. Coś tak wielkiego naprawdę trudno było ranić.
Emmet tylko kilkukrotnie słyszał opowieści ludzi, którzy widzieli krakena na własne oczy i nie chciał nigdy sam tego doświadczyć. Los postanowił mu tego odmówić.
Woda wokół „Dziewicy”, jednej z nazareńskich galer, stała się nienaturalnie spokojna. Jej kapitan także musiał to zauważyć, bowiem wioślarze dawali z siebie wszystko, próbując przedostać się do szalejących kilkaset jardów dalej morskich fal. Na próżno.
Z głębin wyłaniały się, pokryte krostami i guzełkowatą skórą w barwie brudnej zieleni, ogromne macki, których obwód musiał mieć co najmniej dwadzieścia jardów. W jednym z węższych miejsc. Było ich dużo, cholernie dużo. Kerwington naliczył jakieś dwadzieścia, a nie była to nawet połowa. Od spodu były pokryte paskudnymi przyssawkami, pozostającymi w bezustannym ruchu. Z każdą chwilą wynurzały się z wody na coraz większą wysokość, zdawały się jakby nie mieć końca, przywodziły na myśl smukłe, ale nieco krzywe wieże, wyrastające spod ziemi. Wystrzeliwały w niebo już na wysokość ponad stu jardów,  gdy w końcu ich czubki zaczęły chylić się na powrót ku dołowi. Brodacz już wiedział, co się za chwilę stanie.
W mgnieniu oka niezliczone odnóża wystrzeliły ku malutkiemu, jak się wydawało stateczkowi, roznosząc go w drzazgi. Nie było widać nic poza kotłującą się wodą, która wydawała się wlewać do jakiegoś ogromnego naczynia.
Emmet rozkazał wioślarzom włożyć więcej życia w swoją robotę, lecz głos mu się załamywał i drżał, więc nikt rozkazu nie usłyszał.
Kapitan z lękiem popatrzył w stronę niedawnego miejsca pobytu potwora. Nie było śladu ani po mackach, ani po statku. Za to pod powierzchnią wody można było dostrzec zarys monstrualnie wielkiego kształtu, a także kilkanaście jarzących bladozłotą poświatą, owalnych punktów. Oczy. Złote, opalizujące niezdrowym blaskiem ślepia, pozbawione życia. Wyraźnie kierowały się ku wielkiemu okrętowi, który płynął najbliżej „Dziewicy”. Jego kapitanem był Vellseword. Choć z tej odległości nie dało się dostrzec wiele, to Brodacz wyraźnie widział liczne, biegające we wszystkie strony punkciki, zapewne marynarzy, które ustawiały się w wielu miejscach i zastygały w bezruchu. A więc Bryenon także widział, co spotkało galerę najemników. Z tym, że „Czarna Jill” to nie była malutka nazareńska galera, tylko ogromny, królewski okręt wojenny, przygotowany na praktycznie każdą możliwość. Koło balist panował jakiś ruch – zapewne ładowano pociski. Cóż, z krakenem niełatwo wygrać – ba, jest to praktycznie niemożliwe – ale jeśli ktoś już ma tego dokonać, to z pewnością jest to właśnie Vellseword. Wie, gdzie są newralgiczne punkty bestii, gdzie trzeba uderzyć, by ją zniechęcić do dalszego ataku. Przynajmniej w teorii.
Bestia wynurzyła się na kilka sekund z morskiej toni i serce podeszło Kerwingtonowi do gardła, gdy ujrzał ją w pełnej okazałości. Wielki, niekształty łeb, gęsto, pokryty żółtymi, świecącymi oczami, a także chorobliwie zieloną skórą, usianą paskudnymi krostami, z którego wystrzeliwały niezliczone ramiona. Brakowało kilku sekund, by potwór dopadł statek. Vellseword w dalszym ciągu wykorzystywał czas, jaki mu pozostał, wiedząc, że najgorsze będzie pierwsze uderzenie. I nie pomylił się.
Kraken oplótł statek swoimi potężnymi ramionami na całej długości, zaś jego łeb znalazł się przy jednym jego końcu, jakby bestia przyssała się do rufy. Z kwater kapitańskich zapewne dało się zobaczyć paszczę. Zaś nad nimi, na pokładzie, znajdowała się jedna z dwóch balist. Człowiek, który z nią stał, wiedział gdzie strzelać. W oczy. Podstawowa zasada walki z krakenami brzmiała „Zawsze celuj w oczy”. Nie chodziło tylko o oślepienie potwora. Ślepia były po prostu najwrażliwszą częścią ciała, przez którą najłatwiej dało się dotrzeć do mózgu. Jednak siła balisty okazała się niewystarczająca, by przejść przez galaretowate oko i pocisk zagłębił się w nim jedynie do połowy. Potwór wydał z siebie potworny, grzmiący ryk, który niósł się echem pośród burzy, ale nie zwolnił uścisku. Przeciwnie – przywarł do burt statku jeszcze mocniej. Wtedy właśnie ludzie Vellseworda zaczęli kłuć i siekać macki. Można to było wywnioskować z tego, że odnóża potwora zaczęły odskakiwać od burt okrętu, jak pies od jeża; tylko po to, by potem spaść nań ze zdwojoną siłą. Kerwington zaklął cicho, widząc, że ramię bestii łamie masywny maszt niczym suchą gałązkę.
Drugi pocisk trafił w żółte oko bestii, tym razem całkowicie w nim znikając. Kolejne nie miały okazji, by zostać wystrzelone. Jedna z niezliczonych macek wystrzeliła w kierunku balisty i rozbiła ją w drzazgi, a następnie zmiotła z pokładu zgromadzonych wokół niej ludzi.
„Morski Burdel” oddalał się coraz bardziej od potężnego falołamcza, który po pewnym czasie był już tylko małym punktem niknącym wśród burzy. Dopiero, gdy zniknął całkowicie, Emmet spojrzał w prawo i po raz kolejny zaklął szpetnie pod nosem.
Trzy galery najemników ostatkami sił unosiły się na wodzie, miały już połamane maszty, resztki wioseł poruszały się niemrawo, a jedna z nich w zasadzie już zatonęła; jedynie to, że część pokładu wciąż unosiła się ponad powierzchnią wody mogła świadczyć, że jest inaczej. Jednak gdy nadeszła kolejna fala, smukły kadłub zniknął na zawsze.
Statki Ariona i Willa płynęły wprost na siebie, najwyraźniej straciły sterowność. Albo kapitanów. Falołamacz Ariona kierował się ku prawej burcie sporej kogi drugiego z kapitanów. Na obydwu statkach ze wszystkich sił próbowano uniknąć zderzenia, niestety bezskutecznie. „Śmigły” zmiażdżył kadłub mniejszego statku i wytracił prędkość, ciągnąc przepołowioną mniejszą łódź ze sobą. Sczepione ze sobą okręty stopniowo oddalały się od pozostałych, aż w końcu zniknęły pośród morskich fal.
„Królewski Lis” i „Wilk Nazaru”, należące do Slade’a i Winnicka, radziły sobie zdecydowanie lepiej, podobnie jak „Morski Burdel”, wspinając się na fale i prując niestrudzenie przed siebie. Nieopodal płynęły jeszcze cztery wojenne okręty Królestwa, które także parły naprzód całkiem dziarsko. Do tej pory ocalały jeszcze trzy kogi i jedna galera. Jednak ta ostatnia wyglądała, jakby miała wkrótce podzielić los towarzyszek.
Mimo, że sztorm wciąż trwał, to jakby zelżał i nieco się uspokoił. Fale ledwo przebijały się nad burtami, a deszcz, choć wciąż padał, to nie był już uciążliwy. Emmet uspokoił się, czując, że najgorsze już za nimi, nawet jeśli fale wciąż napsują im nieco krwi. Dopiero teraz Kerwington spojrzał na pokład własnego statku. I ponownie zaklął.
Drugi maszt także był złamany. Pękł mniej więcej w połowie długości, zaś część, która odpadła przebiła górny pokład i trafiła w ładownię. Na szczęście, nie było żadnych dziur w burcie. Niemniej jednak Emmet wiedział, że będzie musiał się tym zająć jak najprędzej. Teraz jednak postanowił odłożyć to na dalszy plan i sprawdzić, czy ten durny Whitefire żyje, albo czy w ogóle jest na okręcie. Zszedł z podwyższenia, które znajdowało się nad kajutami kapitańskimi, na pokład, lecz tam nie dostrzegł nawet śladu Hagena. Znalazł za to pięć kolejnych trupów swoich ludzi. Na szczęście bosman miał się dobrze.
Był to podstarzały już mężczyzna, ale w dalszym ciągu miał niezwykłą krzepę. Miał ponad sześć stóp wzrostu, twarz ogorzałą od wiatru, wyłysiałą głowę i siwe bokobrody, okalające pulchną, okrągłą twarz, pasującą do pokaźnego brzucha, wskazującego na wyraźne zamiłowanie do rozmaitych trunków.
- Jakie straty, Miles? – zapytał zachrypniętym od wrzeszczenia głosem Emmet.
- Dość spore, panie kapitanie – rzekł grobowym głosem. Także miał mocno zdarte od krzyczenia gardło. – Dziewiętnastu nie żyje, dwudziestu siedmiu jest ciężko rannych. Do tego dwa złamane maszty, jak kapitan widzi, jedenaście wioseł, dwie beczki z rumem i  trzy worki z prowiantem. Ale żagle są całe.
- Uda się naprawić maszt? – zapytał z nadzieją w głosie, choć wiedział, jaka będzie odpowiedź.
- Nie ma opcji, panie kapitanie. Mały w ogóle wyleciał za burtę, a duży połamał się w kilku miejscach. Nie mamy jak go usztywnić. – Zrobił przepraszającą minę.
- Rozumiem – rzekł cierpko. – A wiosła?
- Z tym będzie łatwiej – przyznał Miles. – Możemy je zrobić z resztek masztu. Przy okazji, przydałoby się załatać tą dziurę w pokładzie. – Wskazał dłonią ziejący otwór, zrobiony przez spadający maszt.
- Wiem, wiem – powiedział trochę nieobecnie. – Przydziel do tego kilku ludzi. Niech ktoś zajmie się rannymi. I niech mi ktoś da trochę cholernej gorzałki, bo zaraz oszaleję.
- Tak jest, kapitanie. – Bosman skinął głową. – Dajcie kapitanowi coś do picia, psie syny! Który będzie pierwszy, nie będzie musiał szorować pokładu do końca rejsu!
W zmordowanych ciężką przeprawą marynarzy wstąpiła jakby nowa siła. Wszyscy rzucili się pędem ku ocalałym beczkom z gorzałką. Wywiązała się nawet bójka. No cóż, widać albo niezwykle wręcz kochali swojego kapitana, albo niezwykle nienawidzili sprzątania pokładu.
Najszybszy okazał się barczysty i zaprawiony wilk morski, który mimo, że nie wyróżniał się zbytnio wzrostem, który wynosił nieco poniżej pięciu i pół stóp, to wykazał się ponadprzeciętną zwinnością i siłą. Skórę miał ciemniejszą, niż przeciętny człowiek, co dało się wytłumaczyć tym, że większość czasu spędzał w pełnym słońcu na morzu. Jego szpakowate włosy opadały swobodnie na ramiona, okalając pociągłą, naznaczoną zmarszczkami, twarz. Orli nos wystawał spomiędzy sympatycznych i uczciwych błękitnych oczu. Wokół wąskich ust dało się dostrzec kilkudniowy zarost.
- Gratuluję! – rzekł Miles i poklepał szpakowatego po ramieniu. – Ty jesteś Jack, prawda?
- Tak jest, bosmanie – odrzekł z dumą w głosie.
- A więc, Jack, tak jak powiedziałem, do końca naszego rejsu nie będziesz musiał szorować pokładu. A teraz idź zajmij się swoją ręką. – Miles wskazał owiniętą przesiąkniętym krwią materiałem dłoń.
- Tak jest.
Kerwington przyjął wręczony mu kufel i pociągnął spory łyk. Westchnął z błogością. Chmury już się oddalały i zaczynało świecić słońce. Pozostała niecała godzina do zachodu. Podał naczynie Milesowi.
- Ogarniesz jakoś to wszystko?
Bosman skinął głową i oddał kufel kapitanowi.
Teraz, kiedy już zaspokoił pragnienie, postanowił przeszukać kajuty, należące do niego i lorda. Pchnął drzwi, które podczas sztormu prawie wyleciały z zawiasów. Jego oczom ukazał się leżący na podłodze Hagen, z którego skroni leciała strużka krwi. Był nieco poobijany, ale oddychał równo i spokojnie. Emmet wyszedł z powrotem na pokład i rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu wiadra. Znalazł je szybciej, niżby się tego spodziewał; a do tego było pełne. Uśmiechnął się pod nosem.
Zataszczył kubeł pomieszczenia znajdującego się między jego kajutą, a tą należącą do Hagena, w którym to szlachcic leżał pozbawiony przytomności. Był to całkiem ładnie urządzony pokoik z oknem wychodzącym na rufę, dużym, solidnym stołem z mahoniu, czterema równie solidnymi krzesłami i kilkoma regałami stojącymi pod ścianami.
Kapitan podszedł do Whitefire’a i wylał na niego zawartość wiadra, którą była morska woda. Szlachcic od razu się obudził i zaczął krzyczeć.
- Zabierzcie tą cholerną wodę! – zawył. – Nie chcę tonąć! Nie chcęęęęęęęę!!!
Kerwington parsknął donośnym, niepohamowanym śmiechem. Hagen popatrzył na niego z niekrytym wyrzutem. Jednak Emmet nic sobie z tego nie zrobił.
- Oto dumny i odważny lord Białej Warowni! – rzekł wesoło. – Bierzcie z niego przykład, bowiem jest wilkiem morskim, jakich mało! Pewnie trzyma się na nogach i nie straszna mu żadna burza!
- Oj zamknijże się – burknął lord. – Każdemu może się zdarzyć mały… wypadek.
- Z pewnością – przyznał Kerwington, któremu uśmiech wciąż nie schodził z gęby. – Zresztą – dodał po chwili – i tak nikt by mi nie uwierzył, że ktoś tak mężny jak ty nie mógł wytrzymać malutkiej burzy.
- Malutkiej?! – wybuchnął nagle Hagen. – Przecież to była cholerna nawałnica stulecia!
- Jaka nawałnica stulecia? Nie trwała nawet godziny!
- Jak to? – zdziwił się lord.

- Normalnie – powiedział Kerwington, z trudem powstrzymując cisnący się na usta uśmiech. – Przecież jak tylko odleciałeś, wyszło piękne słoneczko.

sobota, 15 marca 2014

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ X

Morskie fale miarowo rozbijały się o kadłub „Morskiego Burdelu”, bujając go lekko na prawo i lewo. Lord Białej Warowni opierał się o reling i wpatrywał w bezkresną taflę wody sięgającą jeszcze hen za horyzont. Zapowiadał się kolejny zwyczajny dzień żeglugi – Kerwington wykrzykiwał rozkazy, jego ludzie uwijali się jak w ukropie, żeby je wykonać, a słońce grzało niemiłosiernie.
Wypłynęli pięć dni temu i jak dotąd nie napotkali żadnych przeszkód na swojej drodze. O dziwo, nawet jeden człowiek nie skończył jeszcze za burtą. Nie przytrafił im się żaden sztorm, ani nie zaatakowali ich piraci, o których nietrudno na wodach Szkarłatnego Morza.
Gdy był zajęty tymi rozmyślaniami, zbliżył się do niego Brodacz.
- Nie uważasz, że trochę wczoraj przesadziłeś? – zapytał niby obojętnie.
- Skądże – odparł, wzruszając przy tym ramionami, chociaż w duchu myślał, że faktycznie nieco przesadził.
Otóż, poprzedniego wieczora Hagen przyłapał jednego z marynarzy pijanego w czasie służby, a następnie rzucił go pod pokład, gdzie wszyscy, którzy skończyli służbę właśnie spożywali kolację.
- Słuchać mnie, wy cholerne ochlaptusy! – wydarł się. – Jeśli jeszcze jeden raz, którykolwiek z was, wy przeklęte moczymordy, urżnie się na służbie, jak ten tutaj – kopnął czubkiem buta leżącego na podłodze człowieka – to przysięgam, że osobiście złapię takiego gnoja za fraki, poderżnę gardło i wyrzucę za burtę! – Walnął pięścią w prowizoryczny stół, by dodać wagi swoim słowom. – Czy to, kurwa wasza mać, jasne?!
- Tak jest!
- Tak, kurwa, jest! – poprawił ich.
Uśmiechnął się mimowolnie na wspomnienie rozdziawionych paszcz wilków morskich.
- Omal w portki nie porobili – stwierdził wesoło.
- A znasz może takie powiedzenie, że kapitan, który niespełna obietnicy, niewart starej baranicy?
- Nie – przyznał obojętnym tonem, choć w jego głowie zaczęło kiełkować już pewne podejrzenie.
- Szkoda. – Kapitan prychnął. – Bo wiesz, jak teraz się który urżnie, to faktycznie będziesz musiał go chlasnąć po gardle i wyrzucić za burtę.
- Bywa. – Na twarzy lorda pojawił się ponury uśmiech. Postanowił prędko zmienić temat. – Co z „Dziewicą”? – zapytał.
- Załoga w porę zdążyła załatać tą dziurę. Niech scanthy porwą Srebrną Pięść, Leyte’a i całą tą najemną hołotę! – Splunął. – Nie potrafią załatwić porządnego statku.
„Dziewica” była jedną z sześciu nazareńskich galer dostarczonych przez najemne kompanie wyprawie Whitefire’a. Statki z Nazaru zazwyczaj odznaczały się niebywałą wytrzymałością, jednak ten jeden musiał być już zdrowo przećwiczony, gdyż trzeciego dnia okazało się, że kadłub przecieka w kilku miejscach i tylko dzięki szybkiej interwencji załogi statek nie poszedł na dno.
Owe galery w niczym nie przypominały tych należących do floty Królestwa – prostych, nieco wręcz topornych statków, których jedyną rolą było przeć przed siebie czyniąc wśród wrogich sił spustoszenie(często służyły to tego galeony umieszczone na dziobie – galery po prosty taranowały wrogie jednostki). Zaś te, które wyszły spod ręki sprytnych Nazarejczyków prezentowały się zgoła inaczej. Smukłe, o małym zanurzeniu, wyposażone zazwyczaj w cztery dziesiątki wioseł i potężny żagiel stawiały raczej na zwrotność i prędkość, niż brutalną siłę. Na burtach znajdowały się wielkie okrągłe tarcze, które służyły za obronę przeciwko wrażym łucznikom. Jednak nie to czyniło je niezwykłe, a coś, co znajdowało się pod pokładem, coś, co sprawiało, że nie sposób było zatopić je przy pierwszym natarciu. Mianowicie, było tam sześć komór, oddzielonych od reszty pokładu grubymi ścianami, w których nie było nic. To właśnie one sprawiały, że nazareńskie okręty miały małe zanurzenie i nie tonęły nawet kiedy wróg mocno je podziurawił. Było kilka rodzajów tych galer, jednak głównymi były po prostu długie i krótkie. Krótkie miały około stu stóp długości i czterdzieści wioseł, po dwadzieścia z każdej strony, zaś długie od stu pięćdziesięciu po dwieście, wyposażone w liczbę wioseł między sześcioma dziesiątkami, a ośmioma. Długie zazwyczaj brały udział w morskich bitwach, aczkolwiek i krótkie miały swoje miejsce w wojennej zawierusze, chociaż częściej używane były przez kupców.
Poza sześcioma galerami z Nazaru (dwie długie i cztery krótkie), w skład małej floty Hagena wchodziło jeszcze pięć wielkich kog, które zostały mu przydzielone przez Amara, a przy tym odpowiednio sprawdzone i zaopatrzone przez kapitanów, a choć nie mogły się równać z wielkimi okrętami wojennymi Królestwa, to nadal prezentowały się groźnie. Pozostałymi były statki zwane falołamaczami, a nazwę zawdzięczały swojej masie, dzięki której mogły się bez trudu przebijać przez wielkie fale, o jakie nietrudno podczas sztormu.
Były połączeniem urokliwych, smukłych statków z północnych kontynentów i prostych okrętów z Vandenii. Kadłuby takich jednostek cechowała niezwykła wytrzymałość i odporność na wszelkie rodzaje uszkodzeń. Statki wyposażone były w parę żagli, mniejszy i większy, które były używane w zależności od potrzeb, a także w setkę wioseł używanych przy braku wiatru, złym jego kierunku lub zwyczajnym pośpiechu. Na pokładzie, mającym od stu pięćdziesięciu do nawet trzystu stóp długości, znajdowały się dwie balisty gotowe w każdej chwili do oddania strzału, a na największych z tych i tak kolosalnych okrętów można było znaleźć nawet katapulty. Podobnie jak nazareńskie galery, miały pod pokładem kilka pustych pomieszczeń zmniejszających zanurzenie i szansę zatonięcia. Jednak żaden z takich potworów nie wchodził w skład wyprawy.
„Morski Burdel” był właśnie jedną z olbrzymich łodzi, a przy tym chyba budzącą największy respekt swoimi rozmiarami. Na żaglu można było dostrzec złoty miecz ze skrzydłami na czarnym tle, herb Rodu Kerwingtonów.
Kerwingtonowie byli starym, w zasadzie jednym z najstarszych w całym Królestwie, szanowanym Rodem w lennie Whitefire’ów i na ogół zawiadywali flotą owego lenna, lub przynajmniej piastowali w niej ważne stanowiska. Ponadto, byli jednymi z nielicznych szlachciców, którzy mogli się tytułować lordami. W przeważającej większości przywódcy Rodów byli baronami, gdyż miano „lord” zarezerwowane było dla członków dwunastu wielkich Rodzin. Emmet Kerwington, znany szerzej jako Brodacz(i częściej wolał, gdy zwracano się do niego używając jego przydomku, nie imienia, którego z całego serca nie znosił), był trzecim synem lorda Williama, pana na zamku zwanego Solnym Wzgórzem, a także włodarza kilku pobliskich wiosek oraz portu. Nazwa warowni wzięła się od kopalni soli, która się tam znajdowała, zanim Kerwingtonowie uzyskali przywileje szlacheckie i prawo do zbudowania zamku. Kopalnia była tam dalej, aczkolwiek jej zapasy się wyczerpywały. Co nie przeszkadzało lordom z Solnego Wzgórza nią handlować i wzbogacać się coraz bardziej z każdym pokoleniem. Oczywiście handel nie był dla nich jedynym źródłem dochodu. Mając pod bokiem spore miasto, które po pewnym czasie zostało nazwane Solankami, połączone z portem mogli utrzymywać co najmniej kilka okrętów, co też robili. Dzięki wspomnianym okrętom dokonywali napadów na nadmorskie wsie suan, a nawet wrogie porty.
W latach młodości Emmet bardzo często brał udział w owych wypadach, dzięki czemu stał się niezwykle wprawnym żeglarzem, a także zyskał swój przydomek. Wiedząc, że jako trzeci syn nie może liczyć na zbyt wiele, został kapitanem i wstąpił do Królewskiej Floty.
Z rozmyślań o statkach i historii wyrwał go Kerwington i dopiero na dźwięk jego głosu, lord zdał sobie sprawę z tego, że przez dłuższą chwilę wpatrywał się bez większego sensu w linię horyzontu.
- Co jest, znowuż cię pociągnęło? – rzucił żartobliwym tonem.
- Nie, nie, skąd – zaprzeczył naprędce roztargniony, choć na wspomnienie dwóch pierwszych dni żeglugi skrzywił się widocznie, pamiętając, że spędził je głównie przy burcie, zwracając morzu spożyte posiłki, co marynarze ochoczo określali mianem „daniny, którą szczury lądowe płacą za wstęp na morze”.
Chociaż lenno Whitefire’ów leżało nad morzem, a Biała Warownia znajdowała się bezpośrednio nad brzegiem, Hagen nigdy nie zgłębił tajników sztuki żeglarskiej. I teraz srodze się to na nim mściło. Na przykład, gdy widział kpiące uśmiechy i drwiące zeń spojrzenia, w chwili, gdy kazał kilku ludziom „odwiązać tą linę, żeby coś tam”. Jakkolwiek był świadom, że sobie zasłużył, mocno go to irytowało.
Przyłapał się na tym, że znowu był rozkojarzony i zgubił wątek.
- Po prostu… zamyśliłem się – rzekł po chwili.
- Nad czym myślałeś? – Uśmiechnął się półgębkiem, wspierając się plecami o reling. – Czy nie wpadniemy czasem na wielkiego, strasznego morskiego potwora, który wciągnie nas pod wodę, a po naszej skromnej flotce słuch wszelki przepadnie? – prychnął kpiąco.
- Raczej zastanawiałem się, czy nie zaskoczy nas jakiś sztorm – wycedził przez zęby.
Kerwington zaczynał działać mu na nerwy.
- Marne szanse – powiedział tonem osoby wszechwiedzącej. – Na niebie nie widać nawet jednej chmurki, a i wiatr jest tylko dla zasady.
Bądź co bądź, Emmet spędził sporą część życia na pokładzie okrętu, więc Hagen założył, że wie co mówi.
- Licho nigdy nie śpi – powtórzył stare powiedzenie lord, nie za bardzo wiedząc, co na to odpowiedzieć.
- Ano – przytaknął Brodacz – prawda. Na szczęście zdaje się, że postanowiło nas tym razem omijać szerokim łukiem. A razem z nim wszystkie wesołe krakeny, piraci i inne tałatajstwo – Wyszczerzył pożółkłe zęby w uśmiechu.
- Szczerze powiedziawszy, nie dziwię mu się – odpowiedział kąśliwie. – Ty i twoi ludzie swoim wyciem wystraszylibyście całe stado trakenów i co najmniej dwie wielkie floty piratów. – Postarał się, by jego głos brzmiał obojętnie, a twarz zachowała kamienny wyraz. I sądząc z reakcji Kerwingtona, udało się.
- Sam też nie szczędziłeś wczoraj w nocy gardła – wypomniał mu oskarżycielskim tonem.
Fakt, Hagen usiłował dotrzymać kroku korsarzom, ale po siódmym kuflu rumu legł jak długi. Jednak do tego czasu zdołał wraz z załogą zaśpiewać „Wzburzone Morze”, „Złotowłosą Pannę”, a także „Czarnego Flinta”. I o ile dwie pierwsze pieśni były z grubsza zwykłymi, wesołymi ludowymi przyśpiewkami, o tyle ta trzecia była długa i smętna. Dziwiło go, dlaczego w pijackim transie postanowili zaśpiewać akurat tą, traktującą o burzliwych dziejach straszliwego pirata, Czarnego Flinta.
Owy Flint żył bez mała sto pięćdziesiąt lat temu i nawet pomimo upływu czasu, jego postać nie zniknęła pośród setek i tysięcy mu podobnych. Przeciwnie wręcz – wciąż obrastała w kolejne szczegóły, wymyślane przez minstreli, by urozmaicić jakoś swój repertuar.
Jednak wracając do samego pirata – Flint był mieszkańcem Dermatii, kraju położonego daleko na wschód od Nazaru, chociaż również przymorskiego, aczkolwiek obfitującego w stepy, rozległe równiny, a przy północnej granicy – także w lasy. Dermaci słynęli ze swojej ciężkiej piechoty, świetnych kuszników i wyborowych oddziałów konnych łuczników, zwanych vulnirami, co z dermackiego znaczyło po prostu „obrońcy”. Miano to zawdzięczali, jak głosiła legenda, walnej bitwie, w której obronili stolicę Dermatii – Ceardis. Flint we wczesnych latach swego życia szkolił się na vulnira, zanim jego oddział nie został rozbity przez najeźdźców z pobliskiej Abisydii. On sam zdołał się uratować i dotrzeć do Ceardis, gdzie zaciągnął się jako majtek na jednym ze statków. Po kilku miesiącach wszczął bunt na pokładzie i przejął dowodzenie, a następnie zajął się piractwem. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że udało mu się skrzyknąć potężną flotę pirackich okrętów, która zagroziła nawet Majderze, największemu i najlepiej obwarowanemu portowi na świecie. By wygrać z siłami Czarnego Flinta, Nimhar, Nazar i Vandenia musiały wystawić wszystkie swoje okręty. Z bitwy, która rozgorzała, cało wyszła jedynie trzecia część wszystkich okrętów. Mówiło się, że Flint widząc, jak jego armia zostaje rozniesiona, po prostu wskoczył do wody, by pochłonęło go morze. W niektórych podaniach można było znaleźć informacje o jakiejś kobiecie, do której pałał on miłością.
Hagen po chwili zdał sobie sprawę, że Kerwington się na niego gapi, oczekując jakiejś odpowiedzi.
- Cóż… faktom nie zaprzeczę – stwierdził kwaśno się uśmiechając. – Swoją drogą, chyba kończy się nam zapas, prawda?
Kapitan westchnął.
- Niestety tak. Przy tym tempie, starczy nam jeszcze rumu i ale na dwa, może trzy dni.
- To albo je zmniejszymy, albo koniec z conocnymi libacjami – powiedział opryskliwie, gdyż skutki minionego posiedzenia przy beczce trunku wciąż dawały mu się we znaki.
- Ale – zaczął Emmet – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, he?
- Co ci po łbie chodzi?
- Jeśli skończą nam się te zacne trunki, może obejdzie się bez podrzynania gardeł, prawda? – Uśmiechnął się do lorda promiennie.
- Tak, masz rację – odparł machinalnie, gdyż jego uwagę przykuło coś, co przed kilkoma sekundami pojawiło się na horyzoncie.
- Na co tak patrzysz? – Marynarz zmarszczył brwi.
Whitefire poderwał się z miejsca, w którym stał i podbiegł do przeciwległej burty. Wsparty o reling, wpatrywał się ciemniejący kształt majaczący w dali.
- Piraci? – zapytał.
Czoło Brodacza przecięła pozioma zmarszczka, oznaczająca, że się namyśla.
- Nie, raczej nie – stwierdził na pozór obojętnym tonem, spod którego przebrzmiewała lekka nutka strachu. – Obawiam się, że jest gorzej. Znacznie gorzej.
Hagen też to zrozumiał.
- Chyba wykrakałeś – powiedział grobowym głosem.

W ich stronę zbliżał się sztorm.

poniedziałek, 25 listopada 2013

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VI

Poranek był zimny i mglisty, a z zachodu nadciągały czarne chmury. Hagen był ostatnim z wysłanników Króla, ale wciąż pozostawał w mieście, usiłując przekonać Amara Redblade’a, że potrzebuje więcej statków i ludzi, ale ten usilnie nie chciał zmienić zdania. Dziś postanowił spróbować szczęścia po raz ostatni. Narzucił na siebie czarno-biały kaftan, wysokie, czarne buty i grube, acz wygodne spodnie.
Wszedł do sali tronowej, która była już opustoszała, a jedyną osobą w środku, poza Whitefire’em był król, siedzący na swym tronie i rozmyślający nad czymś. Kościstą twarz wspierał na prawej dłoni równie chudej co on sam ręki. Długie, smukłe palce oplatały sporą część czaszki. Oczy miał podkrążone, a policzki zapadnięte, a także nieogolone i pokryte cienką warstwą ciemnego jak węgiel zarostu. Cała mizerna postać zdawała się zapadać w siedzisko coraz głębiej i głębiej, kulić się pod ciężarem wspaniałej korony noszonej na skroniach królów od pięciu pokoleń. Głęboko osadzone zielone oczy zdawały się być szmaragdami świecącymi pośród mroków jaskini.
Hagen ukłonił się sztywno.
- Wasza Miłość – powitał Amara.
- Hagenie, jeśli znów przybyłeś tutaj, by prosić mnie o więcej statków, moja odpowiedź dalej brzmi „nie”. – Westchnął przeciągle. – Powtórzę ci to po raz ostatni. Więcej statków może zostać odebranych jako najazd, a nie poselstwo.
- A mniej może zostać napadniętych i złupionych – odparł Whitefire.
- W takim razie wynajmij najemników i statki. Ja nie przyłożę do tego ręki. A teraz zejdź mi z oczu. – Wykonał ręką gest, mający na celu odprawienie lorda Białej Warowni.
- Tak jest, Wasza Miłość. – Ukłonił się powoli. – Dziękuję ci za poświęcenie mi swego cennego czasu.
Odwrócił się na pięcie i z zaciśniętymi w pięści dłońmi zaczął maszerować z powrotem ku dziedzińcowi, a echo jego kroków odbijało się wśród wysokich kamiennych murów. Poszedł do ogrodów, by się zastanowić i omówić szczegółowy plan działania ze swoimi kapitanami, którzy mieli tam na niego czekać. Znalazł ich siedzących na kilku marmurowych ławach tworzących koło wokół małego placyku, otoczonego żywopłotem i wysokimi drzewami, których liście były swoistym baldachimem przepuszczającym kilka smużek światła. Podszedł do niego Rudy Winnick, o długich, opadających na ramiona włosach barwy żywego ognia i wzroście, którym poszczycić mogło się niewielu, a także sławnej wśród marynarzy sile. Na jego długiej i smukłej twarzy malowało się zaciekawienie.
- I co powiedział nasz miłościwy król? – zapytał, jakby był pewny odpowiedzi.
- Nic, czego bym nie usłyszał wcześniej. Nie da nam więcej statków, a jeśli chcemy, to możemy kogoś wynająć. – Przygryzł wargę. – I szczerze powiedziawszy, zastanawiam się, czy nie byłoby dobrze tego zrobić.
- Mam paru przyjaciół w kompani Terrena Srebrnej Pięści – przypomniał Brodacz Kerwington. Był postawnym mężczyzną o bujnej, sięgającej niemal do pasa brodzie, czarnej niczym noc, choć można było na niej dostrzec białe włosy. Głowę porastała mu gęstwina loków o tym samym kolorze, zwisających mu aż do klatki piersiowej. Miał duży, szeroki nos, czarne oczy i jasną skórę pokrytą śladami po ospie. – Myślę, że przy odpowiedniej cenie, wielu najemników popłynęłoby z nami.
- Świetnie. Udasz się dziś do niego i spróbujesz się dowiedzieć, jaka jest jego cena.
Kerwington skinął głową.
- Ktoś jeszcze ma jakieś kontakty, które mogłyby nam pomóc?
- Ja – odezwał się Bryenon Vellseword, najstarszy i cieszący się największym szacunkiem z kapitanów. Widział już prawie trzy cykle, a mimo to wciąż zachowywał młodzieńczą siłę i charyzmę. Twarz była naznaczona bliznami po przebytej przez niego w młodości francy. Siwe włosy na głowie i owalnej twarzy miał krótko przystrzyżone, zaś całe jego oblicze było pokryte również zmarszczkami, których najwięcej było wokół szarych oczu. Jak przystało na prawdziwego wilka morskiego, był szeroki w barach, prawie nigdy nie nosił zbroi, uwielbiał pić, śpiewać sprośne pieśni i kochał morze. Kiedyś do jego ulubionych zajęć należało również chędożenie dziewek w portach, ale po chorobie zdecydowanie tego unikał. – Norey Leyte jest moim starym przyjacielem, jeszcze z czasów, gdy służyliśmy w kompani Żelaznego Lorda za Szkarłatnym Morzem. Myślę, że mogę go przekonać.
- Dobrze. – Pokiwał głową na znak aprobaty. – Spotkamy się tu ponownie dziś wieczorem, po zmierzchu. Bryenonie, Emmecie – zwrócił się do Brodacza i Vellseworda – wy zajmiecie się sprawą najemników. – Skinęli na znak zgody. – Winnicku, Arionie, Willu, wy zajmiecie się przygotowaniem naszych statków i ludzi do drogi. Pozostali upewnią się, że nie zabraknie nam zapasów.
Wszyscy zebrani skinęli zgodnie głowami.
- Dziś o zachodzie słońca spotkamy się w tawernie „Pod Złamanym Srebrnikiem” – zarządził. Mają tam wyborne ale i najlepsze dziewki w całym Cathair Oir. – Bądźcie tam i postarajcie się nie upić do mojego przybycia – powiedział, rzucając wymowne spojrzenie w kierunku Kerwingtona i Rudego Winnicka, którzy słynęli ze swojej skłonności do pijaństwa.
- Tak jest – odrzekli kapitanowie, a następnie wszyscy się rozeszli, każdy w swoją stronę.
Hagen pozostał w ogrodach jeszcze przez jakiś czas, delektując się panującymi tu spokojem i ciszą, nie zakłócaną ględzeniem starych głupców i ich utyskiwaniami na bezczynność króla. Jedynymi członkami rady, których naprawdę polubił, byli Stary Wąż i Rowes Ironheart, których posiedzenia rady nudziły równie mocno, co Whitefire’a; najgorszy ze wszystkich był Stamar Wend, który nieustannie zachęcał do działania, wydzierając się wniebogłosy na wszystkich, jakimi to są durniami, że nie chcą nic robić. Tak, nic nie robimy – pomyślał z dozą rozbawienia spowodowanego wspomnieniem ostatniego napadu wściekłości starca. Z kolei irytował go syn Ironhearta – był nieśmiały i często bełkotał pod nosem, a do tego nieudolnie próbował go szpiegować. Z jakiego powodu? Tego nie wiedział, ale była to całkiem niezła zabawa, patrzeć na jego wysiłki spełzające na niczym. Młody Rince oczywiście niczego nie podejrzewał.
Przeszedł przez niewielki drewniany mostek zbudowany nad szeroką i całkiem głęboką rzeczką, pełną niewielkich rybek, a nawet i raków, następnie po przejściu parędziesięciu kroków znalazł się w obszernym sekwojowym gaju, pośrodku którego rosła największa wiśnia, jaką kiedykolwiek widział. Otaczające ją drzewa mimo wszystko górowały nad kwitnącą rośliną, to i tak osiągała naprawdę kolosalne jak na wiśnię rozmiary. Miała jakieś trzydzieści stóp wysokości, a jej gałęzie kierowały się we wszystkich kierunkach, sprawiając, że białe kwiaty mieszały się z zielonymi igłami. W powietrzu unosił się przyjemny zapach igliwia i słodkawy aromat wiśni. Ze wszystkich miejsc w stolicy, właśnie to było jego ulubionym. Mógł tutaj w spokoju przemyśleć wszystko, co chciał; a ostatnimi czasu tutaj spotykał się ze swoimi szpiegami.
Z cieni wielkich sekwoi wyłoniła się ciemna sylwetka opatulona w zielony wytarty płaszcz z kapturem narzuconym na głowę, który odrzuciła, gdy znalazła się obok lorda Białej Warowni. Była to Jenn – niska, szczupła i całkiem ładna dziewczyna będąca praczką w jego wieży, mająca ciemnobrązowe włosy, takież oczy, twarz w kształcie serca, wąskie usta i zdecydowanie za duże cycki, jak mawiali stajenni. Hagenowi nieszczególnie to przeszkadzało.
- Jak tam się ma nasz młody lord Ironheart? – zapytał.
- Nie najgorzej – odpowiedziała dźwięcznym głosem. - W najbliższym czasie nie zamierza wyjeżdżać z miasta i dość dużo rozmawia z lordami Mellowhillem, Kelgarem i Praytem, a nawet z lady Malerrin.
- Nie sądzę, żeby chodziło mu o jej wątpliwe wdzięki – powiedział w zadumie. Wyjął ze swojego mieszka przytroczonego do pasa parę srebrników i wręczył je dziewczynie. – Dobrze się spisałaś. – Złożył na jej ustach szybki pocałunek i się oddalił.
Gdy znalazł się z powrotem na dziedzińcu, mgła już dawno się rozrzedziła, a słońce wisiało wysoko nad horyzontem, zaś sama Warownia w zasadzie zbudziła się i tętniła życiem; giermkowie przygotowywali zbroje rycerzy, stajenni karmili konie, dziewki służebne nosiły wodę ze studni.
Wszedł do swojej wieży i wbiegł po schodach na wyższe poziomy, gdzie znajdowały się jego komnaty, w których jego zarządca, Marwin, miał coś dla niego zostawić. Dotarł do dębowych drzwi, na których wyryto płaskorzeźby przedstawiające pająki. Ohyda – pomyślał Hagen. – Nie mam pojęcia, co kierowało moimi przodkami podczas wybierania sobie herbu. Nie chodziło o to, że Whitefire brzydził się pająkami, co to, to nie, uważał je nawet za całkiem przydatne; ale większość kobiet niespecjalnie je lubiła, a Biała Twierdza była wręcz przepełniona rzeźbami i pomnikami tych niepozornych stworzonek.
Zawiasy zaskrzypiały przeciągle i jego oczom ukazała się przestronna komnata będąca w takim samym stanie, w jakim ją zostawił – na wielkim dębowym biurku leżały stosy dokumentów i listów, a nawet resztki śniadania, kielich, z którego zwykł pić wino, otwarte okno, przez które wpadały promienie słońca, na środku zaś wielkie łoże z baldachimem; w sumie, to nie wszystko było dokładnie takie, jak wtedy, gdy wychodził. Na łożu leżała młoda dziewczyna, choć z pewnością była starsza od Jenn. Jej twarz była trójkątna, nos lekko zadarty, a wydatne usta miały łobuzerski wyraz. Włos miała ciemnobrązowe, proste i sięgające mniej więcej do połowy pleców. Lecz to wszystko bledło przy jej błękitnych oczach. Tak przynajmniej wolał sobie wmawiać Hagen, który w zasadzie patrzył już nieco niżej, na jej kobiece części.
Marw, mam u ciebie dług wdzięczności, przyjacielu. Zbliżył się do dziewczyny.
- Jak masz na imię? – zapytał łagodnym głosem.
- Kayla, mój panie – odparła pewnie. Wstała i podeszła bliżej swojego rozmówcy, szeleszcząc suknią barwy kości słoniowej.
- Ile masz lat? – Zawsze pytał się o wiek, mimo tego że, jak zwykłą mawiać jego matka, „jest to ponad wszelką miarę nieuprzejme”.
- Mój panie, a czy to ważne? – odpowiedziała zalotnie.
- W sumie, to nie – parsknął śmiechem. – Zabawne, ze lordów uczy się tak wielu rzeczy – pisania, historii, geografii, ogłady – ale pomija to, jak zająć się kobietą.
- Och, możesz się nie martwić, mój panie. – Złapała za górę swej sukni. – Jestem całkiem doświadczona. – Odsłoniła zęby w uśmiechu i zrzuciła szaty.

Gdzie ona była przez całe moje życie? – zadał sobie po raz kolejny pytanie, przejeżdżając pod sklepieniem kolosalnej bramy warowni.
Odkąd przestało padać, stolica odżyła. Ulice wypełniły się ludźmi pędzącymi we wszystkie strony, straganami z rozmaitymi towarami, przez okna wychylały się dziwki. W dużym skrócie – było jak dawniej. Cechą, która najbardziej uderzyła Whitefire’a w tym mieście był jego zapach – mieszanina końskiego łajna, potu, taniego ale, dymu i lekkiej nutki morskiego powietrza.
Tawerna, jak zwykle zresztą, pękała w szwach od gości. Powietrze wypełniała typowo karczemna woń – alkohol, dym, jedzenie. Jak dało się przewidzieć, Winnick i Emmet byli już całkowicie i nieodwołalnie pijani, podczas gdy pozostali kapitanowie śmiali się w najlepsze z ich prób śpiewania. Hagen zbliżył się do swoich podkomendnych.
- Witajcie, przyjaciele.
Skinęli głowami w geście powitania.
- Rozumiem, że nie uda mi się wyciągnąć z naszego drogiego Emmeta żadnych informacji. – Wskazał dłonią tańczącego z jedną ze służek Brodacza. – Więc, udało ci się przekonać Leyte’a? – zapytał Velseworda.
- W połowie – odparł marynarz. – Nie da nam więcej, niż tysiąc ludzi. Nie chciał mi powiedzieć czemu. – Łyknął ciemnego ale. – Chociaż tyle, że da nam najlepszych ludzi i statki.
- Ile w sumie ich będzie? W sensie statków.
- Jedenaście, może dwanaście, jeśli zatrudnimy wioślarzy do galer – powiedział obojętnie, wzruszając ramionami.
- Dobrze, załatwimy to – zapewnił. Następnie zwrócił się do pozostałych. – A jak stoimy z zapasami?
- Aż w nadmiarze – odparł Cahan Slade, aktualnie bawiący się złotą nazareńską monetą. Ten niski człowieczek lubujący się w walce nożami i zabawianiem się z dziewczętami był znany we wszystkich portach od Artharos, aż po Cathair Oir. Miał śniadą cerę, czarne, małe oczka, osadzone tak głęboko w czaszce, jakby ktoś dla zabawy mu je tam wepchnął, wysoko osadzone kości policzkowe rysujące się wyraźni pod cienką skórą, duże wargi i krzywe, nieco pożółkłe zęby. Nie miał żadnych włosów, a na pełnym morzu głowę osłaniał wymyślnymi kapeluszami.  – Z pewnością starczy niecałym dwóm tysiącom ludzi na kilka miesięcy, pół roku, albo i rok, jeśli będziemy je oszczędzać.
- Jeśli – bąknął pod nosem Hagen. Postanowił jednak nie tracić humoru. – No cóż panowie, skoro za niedługo będziemy musieli porzucić naszą wspaniałą ojczyznę, powinniśmy jeszcze skorzystać z jej uroków, mam rację?
Odpowiedział mu zgodny okrzyk wielu gardeł:
- Tak jest!

Poranek znów był cholernie zimny i mglisty. Tak bardzo, że Whitefire ledwo dostrzegał koniec pomostu i najbliższy statek, Czarną Jill należącą do Bryenona Velseworda. Choć już nie padało, jego wyjazd obserwowało jeszcze mniej ludzi niż Ironehearta, czy Serpentów. Cholerna mgła.
Do lorda Białej Warowni zbliżył się Amar Redblade w eskorcie dwóch synów. Król położył mu kościstą dłoń na ramieniu i rzekł:
- W tobie nadzieja. Nie zawiedź nas.
Spróbuję. Nie gwarantuję sukcesu, bo ktoś nie chciał mi dać więcej statków.
- Zrobię, co w mojej mocy, Wasza Miłość – odparł jednak na głos.
Po tych słowach zwrócił się na powrót ku oczekującym go łodziom i ludziom, wypływającym ku długiej i żmudnej podróży. Gdy znalazł się na pokładzie Morskiego Burdelu Brodacza, poczuł, jak momentalnie traci poczucie, że grunt pod jego nogami jest stabilny. Wsparł się o burtę i usłyszał za sobą głos Kerwingtona:
- Wypływamy! – wrzasnął tak głośno, że pewnie byłby w stanie zbudzić krakena.
Po jakimś czasie, gdy już zwrócił morzu śniadanie, Hagen podszedł do Emmeta.
- Twój pierwszy raz? – zapytał wilk morski klepiąc się po brzuszysku.
- Pierwszy nie, ale też nie mogę powiedzieć, żebym był weteranem – burknął.
Brodacz ryknął śmiechem.
- Morze trochę cię przeszkoli, a potem przywykniesz, mój panie – oznajmił wesoło.
- Dobrze wiedzieć – odpowiedział, jeszcze bardziej przybity. – Mogę cię o coś zapytać?
- Oczywiście.
- Dlaczego akurat Morski Burdel? – zapytał.
- Ha! To ciekawa historia, mój panie, acz niezbyt przyzwoita, za pozwoleniem.
- W karczmie wygadywałeś takie świństwa, że niewiele znajdzie się gorszych – przypomniał mu Hagen.
- Pewnie masz rację. – Obdarzył lorda uśmiechem. – Więc, gdy jeszcze byłem młody i pełen sił, nie żebym teraz nie był, żeglowałem po tutejszych wodach i natrafiłem na łowców niewolników. Warto zaznaczyć, że ma krypa nie miała wtedy nazwy – dodał. – No, i wiesz zapewne, że niewolnictwo jest u nas niedozwolone. Więc zaatakowałem łotrów i wygrałem. O ile mnie pamięć nie zawodzi, położyłem wtedy dziesięciu Nazareńczyków – pochwalił się. – Ale do rzeczy. Ładunkiem były kobiety – młode i dorosłe, ładne i brzydkie. Miały zostać sprzedane do domów uciech cielesnych za morzem. Wzięliśmy je na pokład, a kiedy przybiliśmy do portu z takim ładunkiem… Cóż, sam chyba rozumiesz, skąd nazwa.
Whitefire zaśmiał się na tyle, na ile pozwalało mu na to obolałe ciało.
- A co stało się z kobietami, które uwolniłeś? Zwróciłeś im wolność?
- Nie – odpowiedział. – Sprzedałem je do burdeli w Cathair Oir.